Jedną z rzeczy, które mnie zachwycają w japońskim, a raczej w kulturze japońskiej, jest to, że w całkiem poważnym i normalnym np. słowniku starego języka japońskiego (który to język znacznie różni się słownictwem i gramatyką od współczesnego) można znaleźć na przykład takie hasło:
yumeji: yume-no naka-de toru michi
czyli:
drogi snów: drogi, które przebywa się we snach.

Drugą (a jest ich wiele, wymieniam tu i teraz bez wartościowania) jest nawet nie to, że Japończycy już 1500 lat temu tworzyli poezję (i ją zapamiętywali, by spisać w pierwszej wielkiej antologii poezji, Man'yoshu, w VIII wieku, potem zaś w kolejnych licznych antologiach i zbiorach indywidualnych), bo to i Gilgamesz wcześniejszy, i Księga pieśni, i choćby Biblia -- nie, to nie o dawność literatury chodzi. Zachwyca mnie to, że bardzo szybko od literatury doszli do krytyki literatury, czyli świadomego zachwytu (bądź krytyki, w drugim znaczeniu) nad ową stworzoną przez siebie i innych literaturą. Za początek japońskiej krytyki literackiej można uznać słynny wstęp autorstwa Ki-no Tsurayukiego do antologii poezji Kokinshu, skompilowanej na polecenie cesarskie w roku 905. O właśnie -- na polecenie cesarskie, i takich antologii, zwanych chokusenshu, czyli "zbiorami z cesarskiego polecenia", powstało w sumie dwadzieścia jeden. Zachwyca mnie, że cesarz dbał o to, by stworzone wiersze nie zaginęły.
(lubię długie, proustowskie nawiasy i zdania wtrącone)


(C) 1999 Anna Zalewska